Geoblog.pl    Zingarina    Podróże    FILIPINY pod choinkę    Tour de Bohol, czyli wróżba na 2018
Zwiń mapę
2017
31
gru

Tour de Bohol, czyli wróżba na 2018

 
Filipiny
Filipiny, Panglao
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 20815 km
 
Punkt dziewiąta rano ruszamy na „tour de Bohol”. Daniela jednak odpuszcza i załatwia nam jako kierowcę zaprzyjaźnionego Filipińczyka. Najpierw myślę sobie, że trzeba było dogadać się z Paulem, pilnować swoich interesów i myśleć jak biznesmen. A później myślę, że jestem na wczasach, a nie w pracy, że raz na jakiś czas mogę przepłacić, i lepiej wspierać lokalnych, niż europejskich kierowców. Na trasie do Panglao zaliczamy kolejno:
1) CZEKOLADOWE WZGÓRZA
2) SANKTUARIUM MOTYLI
3) SANKTUARIUM TARSIERÓW
4) SPŁYW RZEKĄ LOBOC, czyli PŁYWAJĄCE RESTAURACJE
Ad 1) „Chocolate Hills” (50 PHP) faktycznie wyglądają epicko (podobno najfajniej jest w środku sezonu, gdy zielone pagórki pod wpływem słońca nabierają czekoladowej barwy). Jednak jak to w tego typu miejscach bywa- dzieci płaczą, pani pozuje do najpiękniejszego selfi ever, przysłaniając pół tarasu widokowego (jest dość dynamiczna), a „blind entertainer” z gitarą i dziewczynką u boku śpiewają coś na kształt „Somewhere Over the Rainbow”. Sporo skrajnych emocji. Dochodzi do tego uczucie dyskomfortu, związane z faktem, że gdzie nie staniesz, wbijasz się w kadr czyjegoś zdjęcia. W nasz kadr na szczęście nikt się nie wbił. Byliśmy bardzo szybcy i zdecydowani. Raz, dwa , kadr, kadr, koniec sesji, jesteśmy na dole.
Ad 2) „Butterfly Sanctuary” (40 PHP). Malutkie I Milutkie. Wprawdzie więcej tu zabalsamowanych eksponatów, niż żywych motyli, jednak jeśli już któregoś spotkasz, to faktycznie zachwyca. Szczególnie te szczepione w miłosnym uścisku (poza jednym wcinającym mango, spotykamy tylko kopulujące pary). Na wejściu dostajemy przewodnika, który zdradza nam, że motyli seks trwa średnio kilkanaście godzin, podczas gdy tarsiery, który rezerwat jest oddalony od motylego zaledwie kilka kilometrów, „kończą od rozpoczęcia” po zaledwie kilku sekundach. Oczywiście nikogo tu nie oceniamy. Ani nie sprawdzamy w google, czy Pan mówi prawdę. Nie obywa się też bez żenujących atrakcji turystycznych, typu #trzymamwdlonipiramide- w wersji filipińskiej przewodnik bierze twój telefon i robi nim zdjęcie przez usyfioną szybę ze zmumifikowanym motylem, a ty skaczesz i wyglądasz, jakbyś miał skrzydła na plecach albo w „dolnych partiach”. Zależy od skoku. Tak czy siak ubaw po pachy (albo po krocze). Motylki warto odwiedzić, choćby dlatego, że są sympatyczne i na trasie, a odwiedziny zajmują maksymalnie kwadrans.
Ad. 3) „Tarsier Sanctuary” (45 PHP) To był dla nas najważniejszy punkt programu. Małpki są przesłodkie i najchętniej zabrałabym przynajmniej dwie do domu. Teren rezerwatu wydaje się dość rozległy. Tym bardziej, że podczas naszej obecności tarsiery nie wykonują praktycznie żadnych ruchów, poza obracaniem się do nas tyłkami i ukrywaniem pyszczków w łapkach, wielkości właśnie tych pyszczków. Prawdopodobnie trafiliśmy na moment południowej drzemki. Trudno. Nie mamy żalu. Jedziemy dalej.
Ad. 4) „Floating Restaurant” (550 PHP) Dziwne uczucie..bierzesz udział w wiejskim festynie (dożynkach), masz poczucie lekkiej żenady, a jednocześnie bawisz się świetnie i dyskretnie podrygujesz w rytm disco polo. Niefajne jest to, że cena z roku na rok rośnie ( w internetach podają kolejno 400, 450, 500 od osoby). Faktem jest, że ta turbo-turystyczna atrakcja nie reklamuje się jako „spływ rzeką Loboc”, ale jako „pływająca restauracja”, a co za tym idzie, chodzi o romantyczny posiłek w wyjątkowych okolicznościach przyrody. A jedzenie kosztuje. Filipińskie disco polo, czyli zespół przygrywający na łodzi również. Tańczące (na specjalnie spreparowanych na tą okazję wzdłuż rzeki bambusowych stacjach) dzieci też muszą mieć co do garnka włożyć. Jest przaśnie. I pięknie jednocześnie, bo płyniemy „zieloną rzeką” przez środek dżungli. I z jednej strony mogłabym zapłacić te same pieniądze za sam spływ bez jedzenia, muzyki i tańców. Byłoby fajniej. Z drugiej czasami warto pobawić się w turystę i poddać konwencji. Najsłabszy w tym wszystkim jest jednak fakt, że mimo opłaty, którą wnosisz „na starcie”, tuż przed końcem wycieczki kucharz przechadza się między stolikami, niczym ministrant, i wymusza napiwki na kuchnię. Zespół ma własny TIP BOX. Tańczące dziewczynki również. A przy wyjściu z łódki siedzą i przygrywają „blind entertainer” z własnym pudełkiem. Wybaczcie, zwykle jestem pierwsza do zostawiania tipów..ale w tej sytuacji?!?..
Kierowca podrzuca nas pod hotel na Panglao. Od wyjścia z „pływającej restauracji” padało, ale wreszcie się przejaśnia. Bohol South Beach Hotel, jak na cenę i warunki, ma fantastyczny standard. To był jeden z dwóch hoteli (obok Isla Kite na Boracay), które ze względu na gorący okres, rezerwowaliśmy sporo przed terminem. Najtańszy, i jedyny dostępny, pokój, kosztował nas jakieś 180 PLN (patrzę sobie teraz z ciekawości i kosztuje 300). Pokój bez okien. Dziesięć metrów kwadratowych. Drżeliśmy o ten brak okien, jednak na 1.01.2018 okazał się najlepszym z możliwych rozwiązań. O tym póżniej..
Wracając do tematu. Hotel rewelacja. Cisza, spokój, a jak chcemy, to mamy bezpłatny transport na główną plażę (Alona Beach), który trwa całe 5 minut. Plaża hotelowa jest tez cicha i spokojna. Nie ma się jednak co dziwić, bo do cicha i spokojna dochodzi brzydka i śmierdząca.. nie można mieć wszystkiego…z buta to jakieś 25 minut (do Alona Beach). Wybieramy opcję pieszą. Chcemy przy okazji rozeznać się CO, GDZIE i ZA ILE w ostatnią noc 2017 roku. ALONA BEACH okazuje się być łagodniejszą wersją WHITE BEACH na Boracay. W okolicach godziny 18, plażowe restauracje zioną pustką. Cisza przed burzą. Wszyscy szykują się na ostatnią balangę w tym roku. W jednym z barów pytamy, jak to dzisiaj wygląda. Dostajemy odpowiedź, że ALONA, to plaża publiczna, każdy może na nią wejść kiedy chce i robić to, na co ma ochotę (w granicach przyzwoitości). Jeśli tylko damy radę się wcisnąć, bo późnym wieczorem zrobi się tłoczno. I tłoczność się stała, gdy wróciliśmy na Alonę przed 22.00. W każdej knajpie tłumy, wszystkie stoliki zajęte, ludzie domagają się chleba, igrzysk, seafood grilla, alkoholu i muzyki ( to przejście między PUSTO (nuda) a PEŁNO (tabaka) są w stanie zrozumieć tylko pracownicy gastronomii..). Wszystkiego na szczęcie pod dostatkiem- lokalnego rumu, wina z bąbelkami, kalmarów, krewetek i kakofonii dźwięków- jedna restauracja do drugiej przyklejona- na prawo DJ, na lewo zespół na żywo. Cudem znajdujemy stolik. A jak już się upieczemy wystarczająco w dymie grilla i palonych wokół papierosów (jak nie palić, skoro paczka po 5 PLN stoi…), idziemy na tańce. Kilkadziesiąt metrów dalej koncert reggae. Wypijamy najpodlejsze Long Island w życiu. Smakuje…wyjątkowo?!:)za chwilę fajerwerki..kilka minut eksplozji kolorów na wodzie. I już 2018. Tutaj nikt nie strzela PRZED czy PO. Nie sądzę, aby myśleli o zwierzętach. Po prostu cieszą się inaczej, mniej spektakularnie. Wracamy nad ranem. Nie do końca pamiętam, jak ;).
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (4)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedziła 3.5% świata (7 państw)
Zasoby: 57 wpisów57 10 komentarzy10 130 zdjęć130 0 plików multimedialnych0