Geoblog.pl    Zingarina    Podróże    WE THOUGHT WE WERE GOING TO PARADISE..WE ENDED UP IN HEAVEN (Tajlandia 18.04-06.05 2013)    Jet Lag nie taki straszny
Zwiń mapę
2013
19
kwi

Jet Lag nie taki straszny

 
Tajlandia
Tajlandia, Bangkok
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 10263 km
 
4 rano, czyli 10 czasu tajskiego. Nie do końca dochodzi do nas przeskok godzin i zmiana temperatury o przynajmniej 20 stopni. odsuwamy tem moment i zamiast łapać taksówkę na zewnątrz, wsiadamy w klimatyzowaną kolejkę, która ma nas dowieźć do Phaya Thai station, umiejscowionej w centrum Bangkoku. Stamtąd taksówka na ulicę Kao San, gdzie znajduje się nasz hotel. ZAWSZE PYTAJCIE O METER TAXI- tylko w tej sytuacji taksówki są faktycznie tanie. Nasz kierowca nie do końca wiedział, gdzie ma jechać i nie do końca speak english, że o jakiejkolwiek próbie nawiązania kontaktu nie wspomnę. Udało się! Tylko dlatego, że Klara stała się jego pilotem...i przy okazji moją idolką.
Gdy wchodzimy do "hotelu", dostajemy mokrą szmatą po ryju. Wilgoć, zaduch i zapach kibla. Na recepcji nikt nie mówi po angielsku, pokój ma dziurę w ścianie i do najpiękniejszych nie należy, ale przynajmniej ma klimę. Poza tym świetna okolica, tuż przy słynnej Kao San- najbardziej znanej backpackerskiej ulicy. Naszym zdaniem zdecydowanie atrakcyjniejsza okazała się Soi Rambuttri- mniej krzykliwa, plastikowa i zdecydowanie bardziej klimatyczna, gdzie zaliczamy nasz pierwszy tajski posiłek- Pad Thai- narodowa potrawa na bazie makaronu, jajka i sosu ostrygowego. Uciekamy z naszego uroczego hotelu w kierunku portu, aby dotrzeć łódką do China Town.
Chińska dzielnica robi na nas ogromne wrażenie: przeludniona, ruchliwa, głośna i kolorowa. Na ulicznych straganach i w przydrożnych sklepikach ludzi spędzają wszystko, co się da sprzedać. Jest i to, co wydaje się mieć wątpliwą wartość towarową: tandetne błyskotki, plastikowe torby, mazie, breje, stare zdjęcia rodzinne czy obrazki króla. Trafiamy też na pierwszą świątynię i główny punkt programu: Jék Pûi na ulicy Th Mangkorn, przydrożne stoisko z jedzeniem i nieustającą, wieloosobową kolejką mieszkańców. Turysty tu raczej nie uświadczysz, w związku z czym wzbudziłyśmy spore zainteresowanie. Ludzie pytali nas, skąd wiemy o istnieniu tego miejsca (tajne wskazówki w Lonely Planet). Jeden pan zdradził nam, że mieszka w Bangkoku od 20 lat i dzisiaj odwiedził to miejsce po raz pierwszy, przyprowadzony przez znajomego. Za 30 Bahtów (ok 3zł) zjadłyśmy genialne czerwone curry. Po powrocie do "hotelu" padłyśmy nieprzytomne.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (1)
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedziła 3.5% świata (7 państw)
Zasoby: 57 wpisów57 10 komentarzy10 130 zdjęć130 0 plików multimedialnych0